30 kwietnia 2013

Celia

*

Miała zaledwie cztery lata, gdy jej czarne oczy ujrzały śmierć.
Najeźdźcy z Krainy zza Gór przybyli wczesnym rankiem. Odtąd dziewczynka wiedziała, że Śmierć przychodzi, kiedy chce.

Mężczyźni szykowali się na polowanie, kobiety zajmowały się dziećmi... Celia pamięta zapach włosów matki. Dym, kwiaty bzu i coś tak słodkiego, tak pięknego, czym tylko matka może pachnieć dla swojego dziecka. Uśmiech, który gościł na twarzy obu był pełnią szczęścia. Gdy ojciec był w pobliżu, brał Celię na ręce, kołysając małym ciałkiem i radośnie mrucząc do ukochanej córki. Do swojego kawałka nieba. Dla dziewczynki świat, w którym żyła był cudownym miejscem. Bezpiecznym. W ramionach ojca i matki. Zapach bzu. Miłość, jaka spływała na nią co dnia skończyła się wraz z wczesnym rankiem. Z chwilą przybycia Najeźdźców.

Tętent kopyt. Krzyki, poruszenie. Matka, łapiąca dziecię i biegnąca do chaty. Celia przerażona. Nie udało im się jednak uciec przed włócznią Najeźdźcy. Celia dokładnie widziała twarz człowieka, który zabił jej matkę. Nigdy nie zapomniała tych oczu. Tak, jak nigdy nie zapomniała gasnącego spojrzenia matki. I szeptu. Uciekaj.

Chata, w której mieszkali znajdowała się na krawędzi niewielkiej wioski. Dalej rozpościerał się las, do którego Celia nigdy sama się nie wybierała. Aż do teraz. Biegła przerażona. Z niemym krzykiem na maleńkich usteczkach. Z rodzącą się świadomości, że oto może zdać się jedynie na własnych nogach. Wbiegła do lasu, który natychmiast otulił ją cieniem. Biegła tak długo, aż wyczerpana nie padła na miękki mech.
Gdy się ocknęła, słońce powoli chyliło się ku horyzontowi. Wyczerpana, spragniona i zagubiona dziewczynka podniosła się z ziemi i ostrożnie zawróciła. Tylko nieznajomy las przypominał jej, że to, co pamięta nie był złym snem. W okół panowała cisza, przerywana pojedynczymi odgłosami życia leśnego. Była czujnie obserwowana przez Czarnego Ptaka.

Gdy dotarła do wioski, niektóre chaty jeszcze płonęły.


**
Staruszka traciła wzrok, ale nie Przeczucie. Zrozumiała, że jej przeznaczenie właśnie miało się dopełnić. Podeszła do zapłakanej dziewczynki leżącej nad zwłokami kobiety. Z trudem podniosła ją i wyszeptała coś, czego Celia nie zrozumiała. Kobieta otarła łzy dziewczynki i wzięła ją za rękę.

Wspólnie zebrały potrzebny prowiant, starając się nie patrzeć na rozrzucone ciała, zeschniętą krew, zgliszcza miejsca, które jedna z nich uważała za swoje miejsce na świecie. Ruszyły w drogę. Czarny Ptak obserwując oddalające się sylwetki poderwał się do lotu.

Zatrzymywały się na skraju lasów lub nad rzekami. Stara kobiet niewiele mówiła, dziewczynka również. Wspólnie maszerowały szukając bezpiecznej przystani. Gdy po wielu dniach trafiły na miasteczko, kobieta powiedziała do dziewczynki, by okryła się płaszczem i nie zwracała na siebie uwagi.

Przez kilka godzin przemierzały miasteczko w poszukiwaniu miejsca, w którym mogłyby się zatrzymać. W końcu kobieta wprowadziła Celię do niewielkiej chaty, która od dawna była opuszczona. Z początku starały się nie zwracać na siebie uwagi, lecz po pewnym czasie do kobiety przychodziły inne kobiety i cicho szeptały między sobą. Czasami Celia chodziła z kobietą w poszukiwaniu ziół na odległych polanach. Dziewczynka obserwowała rodzące się mikstury, które przechodziły z rąk staruszki do rąk kobiet z miasteczka. Nie raz widziała też, gdy staruszka wychodziła pospiesznie z chaty, ciągnięta przez przerażone matki chorych dzieci, żony rannych mężczyzn, córki schorowanych matek... Śmierć przychodziła o każdej porze. Celia widziała w oczach starej kobiety, kto tym razem wygrał walkę: ona czy Bezlitosna.

Po roku, Celia coraz częściej sama wybierała zioła, wedle wskazówek Staruszki, która poruszała się niemal po omacku. Czasami szeptała coś cicho i Celię przechodziły ciarki. Ale oczy widzące Śmierć, hardo patrzą na szepczące staruszki. Nawet, jeśli po plecach przebiega je dreszcz.
Dziewczynka poznała magiczną moc ziół, lecz nigdy nie dowiedziała się, co szepcze stara kobieta. Poznała cykle przyrody, krąg natury, przebiegające fazy księżyca. Potrafiła rozpoznać rozpacz i szczęście w oczach odwiedzających je kobiet. Mężczyźni nie przychodzili nigdy.

Kiedy dziewczynka skończyła siedem lat, stara kobieta powiedziała jej, że niedługo zostanie sama. Musi się wybrać w drogę znaleźć swoje Przeznaczenie. Odnajdzie je, dzięki znakom na niebie. Celia nic z tego nie rozumiała. Zaś Staruszka wyglądała dobrze, nawet żwawiej niż zwykle się poruszała. Co prawda od dawna nie widziała, ale nie stanowiło to dla niej przeszkody, by poruszać się po niewielkiej chacie, sporządzać zioła i odganiać choroby.
Wieczorem czulej, niż kiedykolwiek powiedziała do Celii, by podążała swoją drogą, zapamiętując wszystko, co jej się przydarzyło.
Stara kobieta umierała trzy dni. W niewyobrażalnej agonii nakazała Celii otworzyć drzwi i okiennice. Gdy dziewczynka usłuchała, kobieta na zawsze zgasła.

***
Następnego ranka Celia spakowała wszystko, co posiadała, a było tego niewiele. Zabrała ze sobą suszone zioła, dzięki którym mogła przyrządzić podstawowe mikstury. Obeszła dookoła miasteczko, by w końcu pożegnać się z nim raz na zawsze.

Tułała się po wioskach szukając dorywczej pracy. Pomagała przy praniu, sprzątaniu domostw, pasaniu bydła w zamian za kąt i strawę. Pomagała cierpiącym za pomocą ziół i mikstur, jakich uczyła ją Stara Kobieta. Ludzie patrzyli na nią z nieufnością, lecz szacunkiem. Nigdzie nie zagrzewała miejsca, wędrowała coraz dalej na północ. Gdy skończyła 15 lat, a droga poprowadziła ją nad wioskę rybacką, była najbardziej wyróżniającą się dziewczyną w okolicy. Jej ciemne włosy i czarne oczy zaczęły wzbudzać lęk. Ludzie ze strachem korzystali z usług zielarskich. Po kątach szeptano, że przywiał ją wiatr, w końcu padło słowo, którego wcześniej nie znała. Czarownica.
Czarny Ptak czuwał nad nią w oddaleniu.

****

Co noc Celia patrzyła w niebo, szukając swojego znaku. Swojego Przeznaczenia. Czuła, że to, co dotychczas robiła nie jest jej misją. Pewnego dnia idąc z misą pełną brudnych koszul, stanął jej przed oczami młody mężczyzna. Patrzył na nią wymownie, złowrogo. Do niego dołączyli inni. Dziewczyna wolno odłożyła misę i patrzyła w ich jasne oczy.
Odejdź. Mówiły.

Następnego dnia Celia wyruszyła w drogę.

*****

Dziewczyna znów wędrowała po wsiach i miastach. Napotykała na swojej drodze ludzi, którzy patrzyli na nią złowrogo. W końcu podjęła decyzję o powrocie w rodzinne strony, na południe. Tej nocy śniła o Czarnym Ptaku, który prowadził ją przez łany zbóż, bezkresne pola... Obudziła się, gdy na horyzoncie pojawiły się Góry.

Po wielu miesiącach tułaczki postanowiła osiąść na dłużej w miasteczku nad rzeką. Ludzie nie byli już tak złowrodzy. Celia poczuła, że musi w tym miejscu nabrać sił. W zamian za pomoc domową dostała małą izbę i strawę w jednym z domów. Każdy dzień wyglądał tak samo, do momentu przyjazdu starszego syna Państwa, u których pracowała. Celia nigdy nie była kochliwą istotą, więc nie wiedziała co się z nią dzieje. Gdy pierwszy raz zobaczyła młodego mężczyznę, nie mogła od niego oderwać wzroku. Zafascynowanie sprawiło, że wpadła w popłoch i bojąc się, że jej emocje ją zdradzą, starała się go unikać.

Mijały dni, duszne noce, lato w pełnej krasie. Celia w wolnym czasie wędrowała do lasu, który był za miasteczkiem. Zbierała zioła i kwiaty, odpoczywała.
 Pewnego upalnego dnia, kiedy dziewczyna spacerowała na skraju lasu, zorientowała się, że nie jest sama. Z oddali obserwował ją młody mężczyzna.
Jego ciemne oczy obserwowały każdy jej ruch, co wprawiało ją w zakłopotanie. Dziewczyna zamknęła oczy i gdy chwilę później je otworzyła, mężczyzny już nie było.
Tej nocy Celia długo nie mogła zasnąć.

CDN

26 marca 2013

Parapet

Wystarczy sekunda.
Aż decyzja zostanie podjęta. Potem kilka sekund spadania i świat rozpadnie się na miliony kawałków, świadomość opuści ciało a wszystko, co było ważne zostanie siedem pięter wyżej.

Siedzę na parapecie i patrzę przed siebie. Rozległe pola, w oddali las. Bliżej kilka szpecących ten sielski krajobraz budynków. Analizuję bardzo dokładnie układ chmur nad horyzontem. Słońce niedawno wstało. Czekałam na świt całą noc. Ze mną paczka papierosów i cień, który stoi za mną i szepcze czułe słowa. Otulona prześcieradłem, zapalam kolejnego papierosa. Powoli się zaciągam.  Być może ten będzie moim ostatnim.
Gdybyś się obudził i wszedł do pokoju, ujrzałbyś mnie na parapecie okna i może byś wyszeptał moje imię.
Być może bezszelestnie podszedłbyś do mnie i objął, delikatnie ściągając z szerokiego parapetu. Być może pozwoliłabym Ci na to.
Tymczasem śpisz w drugim pokoju. Gdy się obudzisz, mnie już nie będzie.
Moim życiem zawsze kierowała miłość. Ale najpiękniejsze uczucie, najintensywniejsze, jakie człowiek może przeżyć w swoim krótkim życiu zawsze jest okupione wielkim cierpieniem. Kiedy wspięliśmy się na szczyt, nagle zaczęłam spadać. Teraz przyjdzie mi zapłacić za chwile szczęścia, które mi dałeś. Kurtyna powoli opada, trzeba zejść ze sceny zanim Twoje dłonie przestaną szukać moich dłoni. Zanim Twój wzrok nie zacznie szukać wzroku innej. Zanim zrozumiesz, że więcej już Ci nie jestem w stanie zaoferować. Kiedy wziąłeś wszystko, co mogłam Ci dać.
Dlaczego zdecydowałam się zawisnąć nad przepaścią? Dlaczego po prostu nie wrócę do Ciebie, nie przytulę się do Twojego ciała i nie wyszeptam Ci, jak bardzo Cię kocham? Dlaczego postanowiłam opuścić Cię o świcie?
Bo przyszłość nie istnieje. Bo dostałam już wszystko. Bo zaciągnęłam kredyt od życia i pora go spłacić. Bo cień czule szepcze mi do ucha, że pora odejść, zanim to Ty mnie zostawisz. Bo o piątej nad ranem powietrze jest ostre i zimne. Bo skończył się czas.
Gdybym tego nie zrobiła, moje życie i tak by się rozpadło. Powrót do normalności już nie jest możliwy. A umierać na raty nie chcę i nie potrafię. Zaciągam się po raz ostatni papierosem, gaszę go i upuszczam. Patrzę jak spada. Uśmiecham się, odwracam twarz w kierunku słońca, czuję się wolna. Zsuwam się z parapetu, przez ciało przebiega dreszcz strachu, czy będzie bolało? Serce przyspiesza, oddech staje się urywany, to już ten moment. Już nie ma odwrotu.
Opadam.
Budzi Cię chłód. W mieszkaniu jest zimno, więc postanawiasz wstać, masz ogromną ochotę na kawę. Dociera do Ciebie, że mnie obok nie ma. Może poszłam do łazienki. Może wstałam wcześniej, wyszłam, nie ważne, kierujesz swoje kroki do kuchni, nalewasz wody do dzbanka. Idziesz do łazienki. Nie ma mnie tam. Robisz obchód po mieszkaniu, nigdzie mnie nie ma, zamykasz okno, źródło chłodu. Jesteś zły na mnie, że wyziębiłam mieszkanie. Że wyszłam. Niedługo dotrze do Ciebie, że już nie wrócę.

22 stycznia 2013

W którą stronę iść

Dla Ciebie, Tajm:
Bisz, Pollock
http://www.youtube.com/watch?v=kG-OWJB75vs
(po tym tekście, że nie wiesz, w którą stronę masz iść), poza tym teraz mi się skojarzyłeś z tym kawałkiem).

Miało być magicznie? Nie jest?
Będzie. Będą chwile magiczne. Ale krótkie.
Wiele ich będzie. Jeśli pozwolisz.
Będą trwały kilka sekund, czasami minutę, czasami pół godziny, może więcej, ale zazwyczaj trwają tyle, co mrugnięcie okiem. To wrażenie, to chwila ulotna.
Cudowne uczucie, warte przeżycia kolejnej depresji, kolejnego miesiąca w swoim pokoju.
Warte przełamania się, by wyjść na ten okrutny świat, warte by wyjść poza mury swojej inności i lawirować między ostre krawędzie betonu i drzew...
Dla takich chwil warto nawet po omacku szukać ręką drugiej ręki, by móc we dwójkę przejść kilka kroków po rozżarzonym węglu a potem zamoczyć nogi w ciepłych mętnych wodach rzeki szczęścia. Przez piekło do nieba. Zanim się zorientujesz, Twoja droga będzie wyłożona miękką trawą... i nawet jak wdepniesz w gówno, spójrz, kawałek dalej jest gęsta trawa,
wystarczy się wytrzeć
i odejść.

13 października 2012

Zdradź mi, Universe

Wszystko lub nic
Nieważne jak, ważny tylko cel
Czas wybrać już czerń czy biel
Znów każą z własnym bratem się bić
Znów z czystym sumieniem pakują nas w brud
Wybrnąć z tego to cud

Czekam na cud

Na sojusz głów, który zbawi nas
Niech wyrwie z rąk ostrą broń
Być może miłość nie jest bez szans
Lecz trzeba już dzisiaj zbudować jej schron

ref.: Krzyknąć bratu w oczy:

Zdradź mi!
Czy jest prawdą, że chcesz iść jak Titanic na dno?
Zdradź mi!
Kto Cię kupił, że twarz masz jak Rasputin pies?
Zdradź mi!
Skąd ta wiara, że Cię już nie dosięgnie kara?
Zdradź mi!
Skąd ta pewność, że już nikt nie pokona Cię?

Chcę wreszcie żyć

Nie plątać słów, nie uświęcać kłamstw
Narodzić się jeszcze raz
Więc zanim wpuszczę kogoś pod dach
Zobaczę czy serce, czy pałkę znów ma

ref.: Mam już dosyć bicia

Zdradź mi!
Czy jest prawdą, że chcesz iść jak Titanic na dno?
Zdradź mi!
Kto Cię kupił, że twarz masz jak Rasputin pies?
Zdradź mi!
Skąd ta wiara, że Cię już nie dosięgnie kara?
Zdradź mi!
Skąd ta pewność, że już nikt nie pokona Cię?

Być może miłość nie jest bez szans

Więc po co bez sensu pakują nas w brud
Kiedy wreszcie zdarzy się cud?
...czekam. 


Zimno.
W okół ciemno.
Słyszę pomrukiwania,
czuję strach,
nie ma dokąd uciec,
schron daleko stąd.

Twoja ręka
daleko stąd.
 

12 sierpnia 2012

Siedem milionów słów



A wszystkie w jednym kolorze
Zieleni.

Spoglądam w jej oczy i widzę mgiełkę pożądania. Chcę pocałować jej powieki i otulić się jej ramionami. Chcę rozchylić jej wargi i wsunąć swój język pomiędzy nimi. Chcę wdychać jej zapach tak długo wyczekiwany. Chcę wbić moje paznokcie w jej delikatną skórę na plechach. Chcę by była.

Szukam przestrzeni
Gdzie byłaby ona
I ja.

Mój czas płynie powoli a ja przesypuję drobinki piachu między palcami. Dzisiaj nic nie jest już tak skomplikowane. Wszystkie równania dają prawidłowy wynik. Wszystkie litery układają się w słowa. Mewy wykrzykują ten sam dźwięk a drzewa szumią tak, jak szumiały wczoraj. Nic już nie jest magiczne i każdy następny akt woli będzie świadomy.

Chmury przysłoniły mi życie
Zostałam ja
I siedem milionów niewypowiedzianych słów.

23 maja 2012

Trzy siostry człowieczeństwa

Wiara. Nadzieja. Miłość.

Weźmy wiarę. Jest jak szczwany lis. Przypałęta się znienacka. Atakuje najsłabsze jednostki. Te silne zdołają uciec, zanim połknie je do reszty. Gdy już połknie w całości, gdy nie ma ucieczki, jesteśmy w wielkiej jamie, niczym Jonasz w wielorybie... I ta sama wiara, która nas zjadła - podtrzymuje nas. Z wewnątrz i na zewnątrz, wszędzie. Zachłannie. Bo przed sobą w sobie nie da się uciec.

Nadzieja jest najstraszniejsza. W chwili, gdy już wszystko karze zniknąć, nadzieja trzyma nas za rękę jak dobra matka, podtrzymuje w cierpieniach, byśmy cierpieli do końca. Aż nie będzie ratunku. Nawet wtedy, nadzieja niczym zaborcza kochanka, wpierw daje nam w twarz, by za chwilę wpić się w nasze umysły.

Ale miłość. Miłość skrada się nocą i zamyka umysł. Wodzi uniesieniem po plecach, nadgarstkach, całuje w usta. Miłość stale krąży, raz się zbliżając, by za chwilę się oddalić. Miłość to wredna suka, która nie pozwoli odejść za daleko. Z trzech sióstr, to ona potrafi najwięcej zdziałać. Gdy pierwsza już nas wypluje, druga opuści, ta trzecia zabierze nam wszystko.


28 marca 2012

* * * [fragment]

Czy znasz to uczucie, gdy czegoś bardzo chcesz, ale gdy już to dostajesz, wzbudza to w tobie lęk? A gdy nie wiązało się to ze złą wróżbą, lecz uczuciem kogoś, na kogo czekałeś tyle lat?
            Gdy sięgam pamięcią, towarzyszyło mi uczucie niedopasowania. Byłam jak nigdzie nie pasujący puzzel. Gdy jedno ramię pasowało do powierzchni, drugie nie chciało nigdzie się zaczepić. Zdałam sobie z tego sprawę bardzo wcześnie. Pamiętam doskonale godziny spędzone na huśtawce wśród bloków. Bujałam się na jednej z nich i czułam jak bardzo nie pasuję do żadnego świata. Zaczęłam też spostrzegać upływający czas. Niedopasowanie i nieuchronność czasu sprawiły, że pragnęłam odczuwać jak najwięcej. Zbierać doświadczenia jak kolekcjonerzy swoje zbiory. Układać je w klaserach wspomnień. W pewnym wieku każde doświadczenie jest traktowane jak kolejna płyta chodnikowa, która jedynie wydłuża ścieżkę wiodącą przez życie.
Dopiero później zauważyłam, że każde doświadczenie to osobny zaułek, sprawiający, że droga staje się labiryntem, w którym łatwo się zgubić.
            Kiedy chce się wszystko przeżyć, w rzeczywistości czuje się ogromną pustkę. Wpada się w nią jak do pustego pokoju. Wyobraź sobie. Jesteś w ciemnym pokoju, gdzie nie ma nic. Wyciągasz rękę i badasz każdą ścianę. Gdy wielokrotnie obmacasz każdą nierówność, zaczynasz skrobać w drzwi, w końcu raniąc sobie ręce. Gdy i to nie przynosi ulgi, chodzisz po pokoju i gubiąc się w liczbie kroków wzdłuż, wszerz i po przekątnej, w końcu próbujesz się wyrwać tłukąc ciałem o ściany. Gdy w pokoju pojawia się druga osoba, traktujesz ją jak wybawienie.
Tak wyglądało moje życie, zanim pojawił się ktoś, kto stał się dla mnie wybawieniem. Szarpałam się w moim ciemnym, pustym życiu marząc o tym, by ktoś mnie zabrał.
24.11.11

13 marca 2012

* * *

Jest tylko dziś...
Wczoraj jest już snem,
a jutro tylko wizją.
Ale dobre dziś
czyni wczoraj dniem szczęśliwym, 
a jutro wizją nadziei...


Jeśli wczoraj jest tylko wspomnieniem, to dziś też nie jest tak ważne, jak jutro.
Jeśli teraz jest najważniejsze, to jutro jest arcyważne.

Teraz rozumiem, dlaczego jestem tak niecierpliwa.
Jak najszybciej chcę jutra.

* * *

Szpitalna sala. Łóżko najbliżej drzwi. Szafka, a na niej książka. Na łóżku siedzi młoda dziewczyna i stuka w klawisze laptopa.
Dziewczyna nie wie, jaki jest jej cel. Być może z tego powodu siedzi na szpitalnym łóżku.
Lekarze wiedzą lepiej i leczą ją na chorobę maniakalno-depresyjną. Afektywną.
Dziewczyna miewa chwile szczęśliwości, bezkrytyczna ocena rzeczywistości. Ale miewa też chwile znużenia własnym życiem i otaczającą ją realnością.
Dziewczyna zawsze marzyła o gwiazdach. Czasami gwiazdy zbliżały się, na wyciągnięcie rąk. Czasami były tak odległe, że nawet ich blask nie docierał do jej oczu.
Są chwile, gdy ona sama chce być gwiazdą. Świecić jak ona i ogrzać serca swoim ciepłem. Z każdym dniem tęsknota jest silniejsza. Ogrzać. Z nadmiaru miłości, nie z jej braku.

Na szpitalnym łóżku, najbliżej drzwi siedzi dziewczyna i wystukuje w klawisze setki słów.

6 marca 2012

Trzy kropki

Czasami na dysku można znaleźć porozsypywane kafelki wspomnień. Kilka z nich znalazłam dziś... Wiersze.



 ***
Jak żona Lota
nie mogę się odwrócić
bo wszystko stracę
co i tak już nie moje

Jednak
coś karze mi
spojrzeć za siebie
na ...

Za późno
minęliśmy pierwszy zakręt
    Alicja, 12/01/2006



 * * *
zasypiam
chociaż nie ma Ciebie przy mnie
popatrz, a jednak umiem
i wcale nie umarłam
gdy rozsypały się nasze marzenia
jak rozbite lustro

śnię
może o Tobie, choć raczej nie
mimo że to Ty byłeś bohaterem
w moim sennym szoł

i wcale deszcz łez
mnie nie porwał
gdy moja miłość na słowa
przelana
teraz tylko popiołem
w czeluściach śmietnika

Wszystko się stało
a ja żyję, oddycham,
tylko czasem dusisz mnie wspomnieniem
    Alicja  - 10/01/06



* * *
Przeszłam
koło zardzewiałej tabliczki
WYJŚCIA NIE MA

Nie oplotły mnie
pajęczyny sumienia
Nie zatrzymał mnie
mój własny strach
Nic nie zrobiłeś ty

Przeszłam spokojnie
Krzyk bezsilnosci
uwiązł mi w gardle ...
    Alicja -  7/12/2005

Wiecej: http://www.eioba.pl/a/3nvm/trzy-kropki#ixzz1oKRsRIiQ - z mojego profilu na www.eioba.pl

26 lutego 2012

Podążając własną ścieżką...


I

Dziecko niewiele rozumie, ale wie dużo. Wie, że tata codziennie idzie do pracy. I że jego ręka, choć ciepła i czuła, potrafi też dać klapsa, na którego dziecko zasłużyło. Wie, że matka przygotuje codziennie ciepły posiłek, który trzeba będzie w całości zjeść. Będąc dzieckiem wiedziałam jeszcze, że co niedziela będzie ten sam rytuał wyjścia z domu. Powroty przez okoliczne lasy, rozmowy, tabliczka mnożenia, zbieranie liści, lepienie bałwana. Dziecko, jakim byłam, wiedziało też, że czekać to niebezpieczne słowo, pełne pułapek. Wiedziało, że obietnice mogą być łamane w zależności od natężenia „chcenia”. Dziecko czuło, uczyło się. Jak szybko zrobiło swój pierwszy krok, tak szybko wbiegło w kolejny etap swojego życia.

Każde dojrzewanie wygląda podobnie. Poszukiwania, ciągłe zadawanie sobie pytania kim właściwie jestem, zdzieranie z siebie resztek dzieciństwa. Ciągłe toczenie bitew z rodzicami, polemika niekoniecznie merytoryczna z rodzeństwem (do dziś pamiętam kłótnie o sens pukania do drzwi zamkniętego pokoju siostry: skoro wiem, że ona tam jest, dlaczego miałabym pukać a dopiero później wchodzić? Niestety, brutalna wiedza objawiła się, gdy to ja byłam tą starszą siostrą a młodszy brat, na moje podobieństwo próbował wedrzeć się do mojego pokoju).

Najgorsze jednak były zmiany cielesne. Pierwsze pryszcze na twarzy, pierwsze poważniejsze dylematy co na siebie włożyć. Zmieniające się rozmiary tego i owego. Za długie ręce, za krótkie nogi albo odwrotnie, w zależności od pory roku. Ciągły brak harmonii między ciałem a duszą. Coś nie wygodnie w tym ciele było. Nie chciało się to coś dopasować. Ale i to ustępowało z czasem. Z czasem nawet polubiłam ten kombinezon. Skóra moja, ciało całe. Stawałam się kobietą, przemiana dokonała się bardzo szybko.

I pierwsza miłość. Bardzo namiętna. Przez nią mój wzrok ucierpiał w znacznym stopniu, ponieważ moje trzynaste wakacje spędziłam na balkonie z lornetką obserwując każdy ruch młodzieńca, który podbił moje serce kopiąc piłkę na boisku. To wtedy sformułowałam swoją definicję miłości. Tej nieszczęśliwej, choć najpiękniejszej, nieodwzajemnionej. Potrafiłyśmy z koleżanką godzinami opowiadać sobie, jak byłoby pięknie, gdyby ten jedyny na nas spojrzał, gdyby rękę ręką dotknął, objął i powędrował z nami w świat. Nic takiego się nie stało. Ale marzenia urozmaiciły nam nie jeden wieczór zimowy.

W końcu książki, czytałam je w ponadprzeciętnej ilości. Otwierał się przede mną świat, którego nie znałam. Świat, w którym mogłam się zatopić i wyjść tylko po to, by sobie nowe kanapki robić, bo do dziś uwielbiam zajadać przy czytaniu. Odwiedzałam światy, w których kształtowały się moje wartości, zasady. Tęsknoty i marzenia. Czasami przynosiłam porcję świata tekstowego ojcu, by móc z nim przedyskutować fakturę emocji zapisaną na papierze. Pomógł mi w odnalezieniu własnego świata. Wspólnie wybraliśmy się na przechadzkę, którą teraz drepczę sama. Z plecakiem pełnym wspomnień.

Gdy świat pędzi, ja spokojnie spaceruję jakby obok. Nie spieszę się do nikąd. I chociaż Ci, którzy mnie znają, wiedzą jak niecierpliwa jestem, jak bardzo chcę być, czuć, istnieć, szybciej działać i pędzić, pędzić… to pozwalam sobie samej nacieszyć się światem. Doceniam każdy gest, każdą dłoń w mojej dłoni, każde słowo, które pada z Waszych ust… Doceniam każdą chwilę, w której mogłam zapłakać, w której mogłam uśmiechem ozdobić czas. I chociaż czasami przyspieszam kroku, to wciąż pamiętam. O wszystkim. Studia, praca, dom. Wszystkie nici wiążące mnie ze światem.

Ale łatwo mnie skrzywdzić. Wystarczy gest, złe słowo, wypowiedziane niczym klątwa w złej godzinie. Wystarczy spojrzenie, w której odkryję obojętność… Niewinne kłamstwo, chwilę przemilczenia, ciszę pośród drzew.

Gdy po prostu jestem, moja bariera ochronna jest niczym pergamin. Gdy ją dotkniesz delikatnie, z czułością, zwinie się okazując wnętrze… Lecz gdy szarpniesz… napręży się i pęknie. A z nią moje ja. Prawdopodobnie.

Chociaż nigdy nie wiadomo, jak silny potrafi być pergamin. Nigdy nie wiadomo, jak mocno potrafi trzymać, gdy ma tak wiele do zaoferowania. A ma tyle, ile zostało na nim zapisane.



Nie ważne jak wiele cieni mam w sercu. Nie ważne jak wiele łez zostawiam za sobą, jak wiele radosnych uśmiechów, blasku, radości. Ważna jest droga przede mną. Iść. Choćby nogi miały odmawiać posłuszeństwa, jakby miał lać deszcz, padać śnieg, żar prażył… chcę iść.

Z bagażem pełnym doświadczeń.

I jeśli złapiesz mnie za rękę, poprowadzę Cię moją drogą. Pokażę najpiękniejsze krajobrazy, najciekawsze okazy, które hoduje mój świat. I gdy nawet burza przemknie, mocno będę trzymać Cię za rękę.

19 stycznia 2012

dziewiętnasty stycznia

Zapalam papierosa
żar, dym, wdech, wydech, dym

Wsiadam do samochodu
sprzęgło, skrzynia biegów, gaz, hamulec, zakręt, jeden, drugi i trzeci i jestem na ulicy,
zapinam pasy, rozglądam się, włączam muzykę
głośniki eksplodują dźwiękami
jakimikolwiek, dziś to nie ważne

Jadę
Gaz, dwójka, trójka, czwórka, gaz, piątka.
Jadę szybko, pewnie. Mijam samochody, ślamazarne pudełka pełne cudzych zapachów, pełne marionetek.

Czuję jak krew uderza mi do głowy
mocniej szybciej więcej

Wpadam w poślizg
a może to ja sama skręciłam kierownicę zbyt gwałtownie
wymierzone dokładnie tak, jak czytałam
w poradniku dachowania
odrzuca mnie w górę, samochód wypada z jezdni, wpada na torowisko

jedzie pociąg z daleka
miażdżona blacha, odłamki szkła, jeszcze kilkaset metrów ciągnięty wrak przed sobą jak okulary na nosie starca

Nie ma tam żadnego światła
są połamane kości, ból, przeraźliwy strach, ból, krew, ból

Jeszcze się nie zdecydowałam
czy przeżyję
czy nie.

17 października 2011

a

Szczeniackie lata za mną.

Nadchodzą czasy, których nie do końca rozumiem.

Dorosłość, w której nie ma miejsca na marzenia o magicznym pyle, w którym mogłabym zniknąć.

Dojrzałość, w której wartości poganiają poglądy...

Chwile, w których krawacik musi być zawiązany a
sukienka dopięta

i nie można założyć podartych kabaretek.


I tak tkwię między  wariactwem afektywnym dwubiegunowym
a
dorosłą, dojrzałą wersją kobiety
żony
matki

2 października 2011

Spotkamy się

Spieszysz się, twoje kroki wybijają rytm na mokrym asfalcie. Ile razy tak maszerowałeś? Metr za metrem, coraz bliżej celu. Czasami wyjrzysz zza swoich rzęs, ogarniesz rzeczywistość ciemnymi oczami. Spuszczasz wzrok, nie chcesz, by krople deszczu wpadły ci do oczu.
Patrzę na ciebie, przechodzisz koło mnie na wyciągnięciu ręki. Mogłabym złapać cię za płaszcz, poprosić byś zaczekał. Powiedzieć cokolwiek. Stoję nieruchomo i patrzę, jak odchodzisz. Nigdy wcześniej cię nie widziałam i nie wiem, czy kiedykolwiek zobaczę.
Może za kilka dni podasz mi filiżankę kawy w kawiarni. Zaproponujesz ciekawą lekturę w księgarni. Podpalisz mi papierosa, gdy za próżno będę szukać zapalniczki w jakiś ciasnym klubie. Może będziesz się ze mną kochał w ciemną noc za parę lat. A może wbijesz mi nóż w serce, gdy zechcę odejść. Albo ty odejdziesz z moją przyjaciółką?

Deszcz zmył twoje kroki, a ja zapomniałam jak wygląda twoja twarz.

28 czerwca 2011

Na moście Gdynia Stocznia


Świat, po którym się poruszałam już nigdy nie będzie taki sam. Ten konkretny most zawsze mnie przerażał, zawsze byłam świadoma widma śmierci, jakie ze sobą niósł. Most nad szynami kolejowymi relacji Gdynia – Gdańsk, w odcinku Gdynia Stocznia. Mieszkam pół kilometra od tego miejsca, w budynku, który nie pamięta żadnych rozruchów. Ale są miejsca, jak ten most, które swą pamięć zachowują. Metalowe żebra, głośny stukot nóg. W głowie nakładają się obrazy rzeczywistego czasu, z tym, który pomógł wyobraźni nakreślić obraz.
Przez długie tygodnie na terenie Trójmiasta ekipa filmowa zawłaszczyła teren i rozpaliła ciekawość mieszkańców.
Jedną z motywacji, która popchnęła mnie ku wizycie w Multikinie był fakt, że rok wcześniej wracając samochodem z uczelni do domu, utknęłyśmy z M. w Orłowie w ogromnym korku. Gdy pozwolono nam przejechać, obie przykleiłyśmy się do okien, obserwując niecodzienny widok czołgów na ulicy.
Wczorajszego dnia zabrałam M . siłą na Czarny Czwartek.
Tak, jak na początku projekcji cicho komentowałyśmy to, co działo się przed nami, tak na końcu, przy dźwiękach piosenki Kazika (nota bene ta sama piosenka w wykonaniu Nauki o Gównie – trójmiejskiego, punkowego zespołu – wydaje się bardziej z „ulicy”, żywsze i wiarygodniejsza) trzymałyśmy się za ręce nic nie mówiąc. Nie trzeba było słów.
12.03.2011

7 czerwca 2011

bez tytułu

                        * * *

            Nic nas już nie łączyło. Zimne oczy, kpiący uśmiech, to wszystko pamiętam. To wszystko jak sztylet przebijało moje serce, wspomnienia dusiły każdej nocy. Lekarze mówili mi, że choruje na depresję, a ja wiedziałam, że choruję na wspomnienia. Nie potrafiła ich wymazać wódka, nie potrafiłam zrobić tego ja.
W końcu zaczęły się ataki. Panika. Wszystko za małe, za duże. Atmosfera ciężka od rozmów z troskliwymi ludźmi, dbający o mój wizerunek. Monolog ze zdjęciem w ręku. Papieros za papierosem i kawa, która płynęła nieustannie. Mimo to spałam. Pół roku spałam.
Gdy otworzyły się przede mną drzwi zakładu psychiatrycznego, czułam pustkę. Otworzyły się, a ja zostałam wepchnięta do środka.
            Siedemnaście par rąk, siedemnaście talerzy w stołówce. Wszystkie pokonują drogę z łyżką paliwa, by ich organizmy, jak maszyny, mogły działać. Istnieć. Wegetować.
I ja tak wegetuję cały tydzień. Jestem osiemnastą zepsutą maszyną w zakładzie naprawy dusz.
            Po tygodniu zębatki zaczynają pasować do siebie, wypierając wspomnienia. Nieśmiałe uśmiechy, rozmowy, wieczorne kąpiele. Bo po co było wcześniej martwić się o ciało? Po co uśmiechem darzyć obojętne istoty? Teraz lody się przełamują.
Czasami dotykałam cienkiej skóry nadgarstek, czując napór. Barierę ochronną. Kiedyś robiłam to z nienawiścią. Teraz zaczęłam je głaskać, przepraszając je w myślach. Teraz chciałam żyć.
            Długo trwała rekonwalescencja. Ale powoli, powolutku zaczynałam dojrzewać w środku jak owoc na słońcu. Dojrzewać do wielu zmian w moim życiu.
Pierwszą zmianą były włosy. Długie, kasztanowe, wijące się wokół szyi jak pętle. I ja ta pętle wkrótce obcięłam. Nożyczki znalazły się w sekretnej kosmetyczce kogoś, kto nie miał prawa ich tam trzymać. Zawrzało na oddziale. Ale pętle, które tak często były całowane, dotykane i głaskane… trafiły do kosza.
Pomiędzy pierwszą a drugą zmianą oddział ogarnął bunt. Zwalano na mnie winę, chociaż ja nie poczuwałam się do żadnej odpowiedzialności. To nie ja ustalam zasady, które trzeba łamać, bo utrudniają egzystencję, która i tak jest marna w tym miejscu. Papierosy. Nocne wędrówki z łóżka do łóżka. Potrzebne mi było ciepło, którego nie oferowali w regulaminie szpitala. Ciekawe, dlaczego pielęgniarki nie mają w umowach o pracę pozycji mówiącej o czułości dla pacjentów.
Czułości towarzyszy często niechęć. Gdy wyrywam się z objęć obojętności, wpadam w pułapkę uczuć. A uczucia mienią się całą gamą dobrych i złych kolorów. Kolorów, które gryzą i które koją duszę. Te gryzące znałam bardzo dobrze.
Atak. Sprowokowany. Brudne oszczerstwa. Ktoś w końcu zatopił nóż w moje miękkie podbrzusze. Pełne blizn. Kiedyś nie potrafiąca się bronić zupełnie, teraz zadałam cios. Za te wszystkie, które doznałam. Ręka na szyi, szeroko otwarte oczy. Widziałam wszystko nie moimi oczami. Ale nie stałam obok. Szaleństwo? Terapia się dokonała.
Poczułam się silna. To bardzo niebezpieczne uczucie, które często popycha do czynów, które później zwalają z nóg konsekwencjami. Bardzo satysfakcjonujące uczucie.
            Kiedy czujesz, że możesz wszystko, mówią, że jesteś wyleczony. W moim przypadku usunęli mnie ze szpitala. Nie zakuli w pasy, a nadal to robią z innymi. Nie podali zastrzyków, po których oczy odwiedzają najciemniejsze zakątki powieki. Nie ze mną. Ja odeszłam.
Nie sama. Był ze mną mój gniew.
Nie wyszłam na ulicę uzbrojona po zęby. Nie wyszłam tam zaopatrzona w nienawiść.
Dokonała się druga zmiana. Zrozumiałam. Przebaczyłam. Było ciężko, nie mogło przecież być łatwo. Gdyby było łatwo, czułabym się słaba. A tak naprawdę byłam z siebie dumna. Ale uwierzyłam, że mam wybór. I moim wyborem jest świadomość, której nigdy więcej nie chcę zagubić. Nigdy więcej nie chcę pozwolić sobie na ostre krawędzie liżące moją barierę ochronną. Nigdy więcej…

Trzydzieści sześć miesięcy później trafiłam tam z powrotem.
Zabrakło paliwa. A może ręki do podnoszenia łyżki.
M. A. S. L.

2 kwietnia 2011

Zamiast pamiętnika

Drogi pamiętniczku,
chciałam ujawnić Ci wszystkie moje sekrety, tajemnice moje, które ze snów wykrzykują imię moje i duszą, duszą wspomnieniem szczęścia ale i cierpienia.
Chciałam być z Tobą szczera, tak jak szczery może być nóż ze swoim oprawcą, ostrze brutalnie przecinające skórę, zagłębiające się w ranę i drążącą dalej, aż ofiara przestanie się wierzgać. Do ostatniego oddechu.
Chciałam przede wszystkim podzielić się moim bólem i moją radością, które zarówno jedno jak i drugie przelewa się ze mnie co dnia niczym ze zbyt płytkiego naczynia, które ktoś nieopatrznie postawił na nierównej powierzchni.
Chciałam opowiedzieć Ci o każdym dniu, który nim oczy otworzę, już zamykać je muszę.

W końcu, chciałam, by Ktoś dotarł do Ciebie i przeczytał moje słowa, by zrozumiał, dlaczego to się wszystko stało. By w pamięci swojej zachował miejsce dla mnie, by przedłużył moją egzystencję w swoim istnieniu.

Drogi pamiętniczku,
żałuję, że Cie nie ma.

18 marca 2011

Wspomnienie z dzieciństwa

Czasami wydaje mi się, że nigdy nie przeżywałam dzieciństwa. Przeżywały je dzieci z opowiadań, z książek, niektórych filmów. Ja widziałam ciągły upływ czasu, który wędruje mi gdzieś między zmysłem wzroku a dotyku: jak gdyby przez ręce przepływał mi przypominający piasek, nie mogąc w żaden sposób go zatrzymać.
Gdy popchnę kołowrotek czasu w mojej pamięci, iglica zatrzymuje się w roku 1993, gdy starszy brat dla zabawy pozwolił mi obejrzeć horror. Dla niego była to zaledwie parodia tego gatunku, dla mnie trauma na kilka lat. Miałam sześć lat i po raz pierwszy widziałam zło w czystej, choć nierealnej postaci. Była to laleczka o złowieszczym imieniu Chacky. Zabijała z uśmiechem na swojej gumowej twarzyczce. Nawet, gdy twarzyczka przypominała sieczkę po spotkaniu z jakimś ostrym narzędziem. Okropieństwo. Patrzyłam na sceny z fascynacją na twarzy. Czułam się odrobinę winna, mając świadomość, że obraz nie jest dla mnie, nie jestem wystarczająco dojrzała, by zrozumieć… właściwie co? Wtedy odpowiedź wydawała mi się prostsza.
Nie była późna godzina, więc pozwolono mi wyjść na dwór na pobliskie drabinki. Siedziałam na nich analizując wszystko po kolei. Trwale wryłam sobie postać morderczej istoty. Nie jestem pewna, czy tego dnia zrozumiałam siłę strachu i ogromną adrenalinę, która się wiąże z sytuacją przerażenia. Ale pamiętam, że gdy powróciłam do domu, schowałam ulubione lalki na pawlacz, a te trochę więcej przypominające postać Chackyego – trafiły do śmietnika. Nie miałam żalu. Przecież ratowałam swoje życie i życie rodziny.
Tego dnia nie tylko spotkałam się z wizją śmierci i rozkładu na ekranie telewizora. Siedziałam na drabinkach i obserwowałam blok, w którym mieszkałam (pamiętam, że starszy brat od czasu do czasu wychodził na balkon i palił papierosy spoglądając w moim kierunku). Zauważyłam, że nie jestem sama. Dziewczynka, która przyszła nie wiadomo skąd dosiadła się i grzebała butem w piachu. Byłam rezolutną dziewczynką, trochę przerażoną sytuacją, jaka mnie tego dnia spotkała, więc pragnąc kontaktu z drugim człowiekiem (co tam „człowiek”, z kimś mi bliskim wiekowo! Kto by mnie zrozumiał i komu mogłabym się pochwalić nobilitacją, jaka mnie spotkała ze strony brata: w końcu nie wiele dzieciaków mogło się pochwalić obejrzeniem horroru) zagaiłam rozmowę, pytając o imię. Jakże brutalną odpowiedź uzyskałam! Dziewczynka… dziewucha wstrętna spojrzała na mnie lekceważąco i prychnęła: co cię to obchodzi?
Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką reakcją. Moja bezradność widać ucieszyła ją, a duma nie pozwalała mi więcej się odezwać. Poszłam do domu. Idąc, zrozumiałam dużo więcej, niż chciałam. Negatywne emocje czaiły się nie tylko w telewizorze.

1 marca 2011

Pamiętam, gdy ojciec dał mi worek płócienny, w którym brzęczały monety. Był ciężki, choć mały. Spłowiały kolor, o ile dobrze pamiętam beżowy. Może szary. Zamknięty.
Gdy udało nam się otworzyć worek, wysypałam monety. Było ich dużo a każda śmierdziała intensywnie. Metal, pot ludzi, którzy ściskali te monety w garści. Z rąk do rąk. Za coś i po coś. Przede wszystkim od kogoś do kogoś. Najważniejsze za co.

Monety skrywają w sobie coś więcej niż wartość nominału.
Skrywają tajemnice kieszeni i cienkich portfeli.
Słyszały nie jedno i nie jedno mogłyby ogłosić światu.
Ciekawe, że jeszcze nikt nie zainstalował w monetach maluteńkich chipów, które by inwigilowały nadawców i odbiorców.

Nie miało by to najmniejszego sensu.
Monety się gubi, przy okazji oddaje, pożycza, gdy brakuje na kawę.
Czasami chowa się je na długie lata w płóciennym worku.
Wtedy są cichymi szpiegami szuflad.

7 lutego 2011

Wcielając się w mężczyznę...


Promień światła wdarł się z brutalną siłą pod powieki. Musiałem wstać. Ona zawsze mi mówiła, że jeśli już się obudziłem, to nie powinienem na siłę dalej zasypiać, bo to wysysa energię potrzebną na cały dzień. Wstałem więc i ogarnąłem wzrokiem pomieszczenie. Jeden rzut oka i miałem ochotę z powrotem wrócić do łóżka.
Głowa ciążyła wczorajszym alkoholem. Nie wiem, jak się tam zagnieździł, jak się wlewał kieliszek po kieliszku siejąc spustoszenie w uczuciach i rozumie. W tym pierwszym szczególnie.
Ona już nigdy nie powie mi nic, co by mogło zmienić moje życie. Jej usta zamarły na zawsze. Na szczęście.
Wszedłem do kuchni. Mógłbym tu kiedyś zrobić remont…
Kawa mielona, dwie łyżki, wrząca woda, trzy razy zamieszać, dwie łyżki cukru, w końcu trzeba sobie posłodzić to pieprzone życie. W lodówce czai się piwo, doskonałe na ciężkość mojej głowy.
Patelnia skwierczy na gazie, kilka plasterków bekonu, pół cebuli, cztery jajka, dwie kromki chleba. Śniadanie bogów. Po śniadaniu piwo. Tak na wszelki wypadek, zamiast leków przeciwbólowych.
Ubieram spodnie, bluzę i buty. Wkładam portfel w tylnią kieszeń. Zakluczam mieszkanie, wychodzę na zewnątrz. Wiatr otula moją twarz, zakładam kaptur na głowę i idę ku starej toyocie zaparkowanej przed domem. Ten grat też by trzeba było wyremontować.
Odpalając silnik, myślę, o tym gównianym uczuciu pustki, które mnie ogarnia za każdym razem jak odpalam swój samochód. Mógłbym tak jechać przed siebie bez żadnych hamulców, jechać przed siebie, gdzie mnie poniesie, ile mi paliwo pozwoli.  Jechać przez miasta i wsie, przez drogi krajowe, miastowe i te poboczne, zaznaczone brunatną farbą na mapach. Jak cienkie, wyschnięte linie, przez które już nawet krew nie chce płynąć…
Dwójka, potem trójka, skrzyżowanie, dwójka i z powrotem trójka. Naciskam trochę mocniej pedał gazu i zmieniam drążek skrzyni biegów na czwórkę. Wjeżdżam na obwodnicę, ręka popycha drążek ku piątce. Żebym mógł tak do końca… na piątce całe życie, pruć przez całe życie, szybko, bardzo szybko, ile tylko można. Gdybym miał jeszcze gwarancję, że za kilometr czy dwa nic mi nie odpadnie, nie przypali się, nie zgaśnie. Marzenie.
Dojeżdżam do celu piętnaście minut później. W tym czasie niewiele myślałem. Słuchałem jakieś muzyki z radia, nuciłem coś bezmyślnie. Nic nie chce czuć, nic nie chcę już.
Dojechałem pod blok. Zaciągając hamulec ręczny, pomyślałem, po cholerę tu jestem. Trzeba zmyć z siebie poczucie winy. Z tą myślą wszedłem na klatkę. Stopień po stopniu wspinam się na górę. Z któregoś mieszkania wychodzi starszy mężczyzna z psem. Patrzy na mnie z pogardą. Odwzajemniam się tym samym. Pewnym siebie krokiem prę na przód. Mężczyzna, gdy stoimy na tym samym stopniu, okazuje się skurczonym staruszkiem. Żal mi go, więc już na niego nie patrzę.
Wchodzę do mieszkania bez pukania. Słyszę muzykę w dalszej części korytarza. Czyżby znowu piła?
Wchodzę do jej pokoju, siedzi z papierosem w ręku, przy herbacie. Nie widzę ani butelki, ani kieliszka. Spokojniejszy podchodzę do niej, dotykam jej ramienia dłonią. Bez specjalnej czułości, ot tak. Patrzy na mnie tym swoim sarnim wzrokiem. Odwracam się, siadam na fotelu. Niemal od razu wskakuje mi na kolana kot matki. Głaszczę jego futro.
- Po co znowu tu jesteś? – Chrapliwym głosem pyta. Nie wiem, czy czuję bardziej obojętność, litość czy złość.
- A poradziłabyś sobie beze mnie?
Siedzimy tak, każde na swojej orbicie, w swoim fotelu. Patrzymy to na okno, to na najdalsze przedmioty w pokoju. W końcu wstaję i zmierzam ku kuchni.
Chciałbym jej tyle powiedzieć. Czasami wyobrażam sobie, jak podchodzę do niej, przytulam twarz do jej włosów, otulam się jej ciepłem i pozwalam na miękkość powiek… Ale nie, ona dawno już stała się przykrym obowiązkiem. Obowiązkiem, za który się nie dziękuję, jedynie w twarz się dostaje. Bezradność i gniew. Tyle czuję.
Sprawdzam zawartość lodówki. W myślach robię listę zakupów. Otwieram okno, niech się przewietrzy. Kurz i dym. Rodzinny dom.

Wracając od matki zachodzę do monopolowego. Dwa piwa. Tyle mi dziś wystarczy.
Wchodzę do swojego mieszkania. Wita mnie cisza. Mógłbym sobie chociaż jakiegoś psa kupić. Albo kota. I skończyć jak moja matka na fotelu…
Siadam przed komputerem, otwieram piwo. Wiadomość od niej. Kasuję.
Patrzę na wirtualny kosz. Jedna wiadomość w koszu. Jedna jedyna. Tylko jedna? Słabo się stara. Ale ta jedna ciągle tam jest. Przeczytać? Nie przeczytam. Opróżnij kosz. Opróżnić? Przeczytam.
Nie potrzebnie czytałem. Nic nowego. Wiesz, jak Cię kochałam, jak mogłeś mi to zrobić, jak mogłeś naszą miłość za drzwi wystawić. Jak Cię znosiłam, pomagałam, jak z ran krew zlizywałam. Jak mogłeś, jak mogłeś. Sercu rozum odebranie, ust pragnieniu wyrwanie, ciało ciałem odepchnięte, zepchnięte, wystarczającą odległość zachowanie.

Może przez sekundę poczułem, że może jednak się myliłem, może jednak nie powinienem. Ale radość wolności była silniejsza. Po co mi ciężar, kobieta, która zna mnie za bardzo, zna każdą moją myśl, nic nowego się nie dowie przecież. Nic więcej dać jej nie potrafię.

Zaczynam mechanicznie pisać raporty. Pracę odwalać. Pierwsza, druga, trzecia godzina. Skończone na dziś. Zarejestrowany, wyrejestrowany, wszystkie zadania na dziś wykonane. Można skończyć dzień. Można iść spać.

W łazience natknąłem się na jej ręcznik. Moja koszula w koszu na brudy. Miała ją na sobie którejś nocy. A raczej ranka. W nocy miała na sobie tylko mnie.
Wziąłem ten cholerny ręcznik, koszulę i wyrzuciłem. Nie chcę na nie patrzeć. To moja przestrzeń, to moje życie, nie chcę jej tutaj.
Prysznic. Woda obmywa moje ciało. Ciepło. Pusto.

Zasypiam. Nie śpię już przy muzyce. Nie chcę nic, co by się z nią kojarzyło. Żaden dźwięk mnie do niej już nie zbliży.
Sen wkrada się powoli, delikatnie. Jak kot, łasi się o moją podświadomość. W śnie pozwalam sobie na wszystko. Widzę gęste włosy nade mną. Te kocie oczy. Te usta delikatne, regularne. Szyja nęcąca zapachem. Szybszy przepływ krwi. Gdyby tak ją dotknąć na chwilę. Objąć jej talię, przytulić ją do siebie…

4 lutego 2011

Postać


Carrie White[1] nie miała przyjaciół.
Była samotną, brzydką nastolatką. Gdyby bóg słów umiejscowił ją gdzie indziej, na przykład w Środkowej części Europy, o innym czasie na przykład w latach 1985-1995, zapewne znalazłaby więcej pokrewnych sobie dusz. Nie musiałaby zabijać całego miasteczka. Nie zostałaby oblana świńską krwią podczas najpiękniejszego wieczoru w swoim życiu. W nowym czasie i nowym miejscu codziennie spędzałaby upojne noce w którejś z bram ze swoimi nowymi przyjaciółmi, punkami, pijąc tanie wino, na które z pewnością byłoby ją stać. Oddałaby matkę do szpitala psychiatrycznego, wcześniej ubezwłasnowolniając ją. Pobierałaby rentę, którą przeznaczałaby na kąt w jakimś studenckim mieszkaniu. Paliłaby śmierdzące papierosy, pisała liryczne wiersze i płakałaby na widok zła szerzącego się na świecie. Od czasu do czasu przesuwałaby sobie popielniczkę siłą woli…




[1] Bohaterka pierwszej powieści Stephena Kinga pt. Carrie, cechująca się zdolnościami telekinetycznymi.